Fundacja Głosem Zwierząt przekaż 1%
Pomóż pomagać
Dziękujemy
Darmowy Program PIT dostarcza Instytut Wsparcia Organizacji Pozarządowych w ramach projektu PITax.pl dla OPP
07 kwietnia 2013r.

Ten odcinek musi się zacząć od podziękowań!
Dziękuję mojemu mężowi Krzyśkowi, że zmotywował mnie do walki o Leśnego psa.
Sama, już po pierwszej próbie złapania samotnika, zrezygnowałabym, bo przypadek wydawał mi się beznadziejny! No bo jak tu oswoić i złapać zwierza, który pojawił się przypadkowo na leśnej drodze?
– Dziki pies – myślałam, dzisiaj tu – jutro tam! Na pewno w nocy podąży w stronę ludzkich zabudowań, aby się ogrzać, może przytuli w jakiejś szopie…
Prawdopodobieństwo, że spotkamy Go kolejnego dnia, wydawało mi się zerowe. Ponadto ten „wilkowy” las położony jest 10 km od naszej miejscowości. To prawdziwy las, a nie park czy przyosiedlowy zagajnik. Przerażały mnie te niezmierzone obszary, w których Wilku chowa się i pewnie poluje… A Krzysiek, jak gdyby nigdy nic, stwierdził: choć, spróbujemy!
Dziękuję Iwonce wolontariuszce ze Swarzędza. Tak, tak Iwonko! – to dzięki Tobie zawędrowaliśmy do Sierosławia (nigdy wcześniej tam nie byłam!), pomagając w adopcji psiaka szpica z Fitznerówki. Przed przekazaniem tego bezdomniaka nowej pani, postanowiliśmy Go porządnie wybiegać, dlatego spacerowaliśmy w piątek właśnie po tym lesie.
Dziękuję również Kasi Sz. wolo Fundacji „Głosem Zwierząt” za całokształt i skontaktowanie mnie z Agą M. – też wolo FGZ, która posiadając doświadczenie w łapaniu „dzikich” psów – obiecała mi pomóc.
Dziękuję Alicji G. – prezes FGZ, za inicjatywę i otwartość wobec problemu Wilka Samotnika.
Dziękuję Agnieszce Z. – wolo FGZ, za wsparcie duchowe, cierpliwość na moje telefony i maile oraz dobre rady.
Do rzeczy!
W niedzielę pojechaliśmy nakarmić Wilka dopiero o godz. 18-tej, bo Krzysiek nawet w weekendy ostatnio pracuje (odbywał szkolenie). Pogoda nam sprzyjała. Po raz drugi tej mroźnej wiosny wyszło słońce i to po południu. Za to leśne drogi zamieniły się w bagna i ogromne kałuże… Krzysiek przed wyjazdem opracował alternatywną trasę przy pomocy Google Erth, przewidując, że przez błota możemy nie dojechać do okolicy Wilka. Miał rację! Już na skraju lasu powitały nas pełne wody wykroty.
– Przydałby się traktor – stwierdził K., wycofał i pojechał zaplanowanym objazdem. Brnęliśmy w stronę Wilku, niczym amfibia, przy każdym rozlewisku modląc się, aby samochód nie ugrzązł na dobre. Jakaż była nasza radość i zdziwienie, gdy 500 metrów przed „wilczą miejscówką” dostrzegliśmy naszego przyjaciela siedzącego na drodze. Nie wierzyłam własnym oczom, czyżby na nas czekał!? Szok!
Wyłączyliśmy silnik i idziemy dalej pieszo przez kałuże, niosąc pojemnik z ciepłym mielonym mięskiem z dodatkiem oleju (dla zwiększenia kaloryczności dania J).
– Czy to naprawdę On, czy tylko czarny pień majaczy na drodze?
200 metrów od samotnika, nie mamy już wątpliwości – to On w swojej wilczej Osobie! Zaczynam swoim zwyczajem wołać: Misiu! Misiu! A On w tył zwrot i znika w zaroślach.
– Och! Od wczoraj wiem gdzie się skrywa, więc wejdę w las i zostawię Mu chociaż żarcie.
Krzysiek pozostaje na drodze, nie możemy robić tłumu. Ja idę przez zwały śniegu do „miejscówki”, nieco inną trasą, aby nie wydeptywać ścieżki, która mogłaby zwrócić uwagę gajowego. Nie ma on wobec tego psa dobrych zamiarów! Kluczę, bo nie chcę zdemaskować przyjaciela. Idę, idę, wołam, wołam – stoi!, jakieś 50 metrów ode mnie. Czeka w pozycji – zaraz dam dyla!
Przypomina mi się książka Shaun’a Ellis’a – człowieka, który 2 lata udawał wilka wśród dzikiej watahy w lasach Dakoty Północnej. Staję jak Shaun na czworaki, ja też spróbuję. Przynajmniej nie będę taka wielka, dominująca. Posuwam się przez chaszcze w stronę Celu i robię pierwsze zdjęcie. To ta fotka, na której Wilku przypomina zaledwie czarny punkt. Dla postronnego obserwatora w ogóle Go tam nie ma.
Wilgotny śnieg ziębi mnie w kolana i dłonie, plecak niepotrzebnie robi hałas hacząc o gałęzie, no ale zaczęłam się zbliżać, to idę dalej. Chociaż Mu zrobię wyraźne zdjęcie – myślę i sunę. Wracaj już! – woła półgłosem zmarznięty K. Zostaw Mu miskę i wracaj, na dziś wystarczy. I tak dużo się dziś udało.
Jeszcze kawałeczek, w ten sposób Go przecież oswajam – myślę brnąc odrobinkę bliżej psa. Miskę zostawiam, przeszkadza mi się poruszać.
Wilku wybrał sobie doskonały punkt na siedlisko. Z prawej ma siatkę płotu, który oddziela szkółkę młodych drzewek. Umieścił się tak, że musi pilnować się jedynie z tyłu, z przodu i z lewej strony. Z prawa nikt Go nie zaskoczy, bo chroni go płot (widoczny na zdjęciach). W jego postawie jest wyczekiwanie. A może raczej gotowość do ucieczki?
Wołam Misiu! I przybliżam się o kolejne 2 metry. Idę na czworakach cały czas bokiem! Bokiem po to, by nie sugerować psu, że chcę go zaatakować. Co 2 – 3 metry przystaję, udając zainteresowanie zaschłymi liśćmi. Cały czas bokiem do Niego. Nagle Wilku zaczyna warczeć na mnie. Co tu zrobić? Kładę się na brzuchu, chcę być jeszcze mniejsza i mieć głowę niżej niż On…
O rany, co to jest?! To chyba wykopane przez niego prawdziwe „wilcze” gniazdo. Coś wspaniałego! No tak, ale żeby zrobić temu czemuś dobre zdjęcie musiałabym się podnieść, choćby po pozycji kucanej. A to pewnie Go spłoszy…
Ciekawość badawcza zwycięża, i delikatnie, jak mucha w smole siadam, by pstryknąć fotki. (Pierwsza fotka „gniazda” jest słabo czytelna, bo fotografowałam je jeszcze leżąc. Dwie kolejne ukazują wyraźnie wykopany w ziemi dół, (szacun! Wilku kopał, gdy śnieg był jeszcze głęboki) – otoczony promieniście patykami. Czy leżą tak przypadkowo, czy On je ułożył??? A może jest suką? Przecież tego nie wiem. Mam nadzieję, że nie jest „przy nadziei” – myślę znów leżąc i słuchając leśnych ptaków. Pora się znów przesunąć. Poruszam się teraz w pozycji „robię pompki bokiem”, ale za to widzę przyjaciela już dokładnie! Dziwne jest to, że nerwowo lustruje oczyma co chwilę swoje tyły i stronę lewą, zaś przód, skąd się zbliżam jakby zaprzątał mu słabo uwagę. Czyżbym zyskiwała Jego zaufanie?
Boże! Lis. Prawdziwy rudy jak marchewka lis – idzie w naszą stronę! Co zrobi pies?
Lis spokojnym krokiem mija nas w odległości 10-15 metrów. Ignoruje psa, pies ignoruje rudego. Co za stosunki społeczne, no, no! Siedząc w ciepłym domu, nigdy bym czegoś takiego nie przeżyła. Pstrykam lisa smartfonem, ale zbyt późno!
Ten pies z bliska jest mały. Skąd mi się uroiło, że to owczarek?! Na pewno ma coś z tej rasy, ale to wersja kieszonkowa, długowłosa. Spotkany w leśnych ostępach, udaje wilka!
– Święty Franciszku, który rozmawiałeś z wilkami, pomóż mi! – modlę się. – Jestem już tak blisko samotnika.
– No dobra, co by zrobił na moim miejscu Święty Franciszek? – dumam. Ha! On po prostu nakazałaby wilkowi wyjść z lasu i iść do samochodu.
– No nic, i tak mi się dużo udało. Wysyłam SMS do męża, że jestem już w promieniu 10 metrów od Żywego Celu.
– To bez sensu – rozmyślam. Załóżmy, że nawet dopuści mnie do siebie, to co ja wtedy zrobię? Jak tylko wyjmę z plecaka smycz i obrożę – Wilku czmychnie. Kapkę przygnębiona brakiem planu siadam opierając się o słupek płotu. Znajomy behawiorysta pokazał mi raz, że psy czasem podchodzą do ludzi, którzy je ignorują. Jestem zmęczona i bardzo podekscytowana.
– No dalej, Misiu, choć do mnie! Czekam! – zapraszam niemego obserwatora. Pies zaczyna warczeć i niespokojnie kręci się w kółko. Naśladuję Go nieporadnie, robię na czworakach kółko, jakby udeptywała „łapami” glebę.
Pies się położył. Zbliżam się na odległość 3 metrów. Pies leży, jest wyraźnie zmęczony, może chory? Tylnie łapy i pupkę wstrząsają mu dreszcze albo drgawki? Kurczę, temperatura spada, mimo wieczornego słońca – kałuża obok mnie pokryła się skorupką lodu.
Ostanie 3 metry do psa pokonuję przez 17 minut. Został dowód w postaci wysyłanych do męża sms-owych meldunków z pola walki.
Teraz dzieli nas tylko 40 cm. Podaję psu do powąchania smycz i obrożę. Wącha oczekując jedzenia. Jest rozczarowany.
– To nie jedzenie! – znów na mnie warczy.
– Pluję na dłoń i podaję psu, ustawiając „smakołyk” tak, żeby musiał wyciągnąć do mej dłoni szyję, choćby o parę centymetrów. Udało się! Powtarzam manewr, powtarzam i jeszcze raz!
Za czwartym razem gładzę Go po głowie. Uchyla się i warczy, ale to cud – nie ucieka! Zakładam Mu na szyję obrożę. Dwa razy szczeka groźnie, ale nie wyrywa się!!!!!!
– O rany, ta obroża jest na Niego za duża! Wzięłam obrożę ma karczycho wilczura, a łapię wilczka, albo wilczkę – wciąż nie wiem J
– Ściągam mu przez łepek za dużą obrożę – jest zły, znów warczy. Pokazuje przy tym dziąsła, a jego węgielkowate oczy, błyskają czerwono. Zarzucam Mu na szyję petlę ze smyczy. Nie mam innego wyjścia. Wstaję na nogi z całych sił trzymając smycz. Spodziewam się ostrej szamotaniny, drapania, gryzienia. Dobrze, że mam na sobie grubą kurtkę i ciężkie wysokie buty.
Misiu stawia tylko lekki opór, ciągnąc w tył. Nie daję Mu czasu na grymasy, zaczynam biec w stronę pojemnika z jedzeniem.
Pies je chętnie, żarcie jest o dziwo jeszcze letnie. Wyławiam grupki mięsa i podaję psu do pyska, bo pije sam „rosołek”. Wilku jest mój!
Dzwonię do Krzyśka, który poszedł grzać się do wozu. Odpalaj maszynę!, Partyzant wychodzi z lasu!!!
Po szybkim posiłku Wilczku beka, gdy ciągnę nieboraka przez las w stronę cywilizacji. Pętla Go poddusza, ale nie ma na to rady. Byle szybciej do wozu, ale… Jak my Go wsadzimy do bagażnika?! Przecież nie pozwala się wziąć na ręce. Obiegam z psem samochód, K. otwiera bagażnik, a pies… Samodzielnie wskakuje do środka. Bach! Zatrzaskuję klapę. Mamy Go, mamy!
Jeszcze z lasu dzwonię do Agi Z., wspólnie wiwatujemy! Krzysiek wykazuje się stoickim spokojem i kieruje samochód do Auchan’a. Zostaję w samochodzie z psem, a K. idzie do sklepu zoologicznego i wraca z czerwoną obrożą! Aga Z. zadzwoniła do Alicji, możemy jechać z Wilczkiem do weterynarza – zaprzyjaźniona klinika, o dziwo ma dyżur w niedzielę od godz. 20.00. Pies w samochodzie (bagażnik combi) zachowuje się tak spokojnie, że jestem pewna, iż jeździł już nie raz. Na pewno jakiś skur..syn porzucił Go w lesie, a Wilczek wiernie na gnoja czekał w śniegu. Jak długo? Co najmniej 3 doby: piątek, sobotę i niedzielę. Chyba jednak dłużej, znacznie dłużej…
Przed kliniką pies na smyczy, (nawet nieźle chodzi!), robi wielkie siusiu. Jaki On kochany – nie posikał się w aucie.
W poczekalni kliniki dużej grupie klientów opowiadam historię Wilczka. Reklamuję Fundację „Głosem Zwierząt”.
– Proszę państwa!, kończę swój przydługi wywód, (umorusana jak świnia, w zabłoconych spodniach). – Takich porzuconych psów są setki. Proszę wpłacić 1% na FGZ, podaje im leżące w poczekalni fundacyjne ulotki.
Leśnego pacjenta przyjmuje osobiście „nasz” niezastąpiony dr Marcin Cz. Wnikliwie psa bada, wysłuchawszy wcześniej Jego historii.
Wilczek ma zapalenie oskrzeli i gorączkę.
– Jeszcze jeden dzień w lesie, a nie przeżyłby – stwierdza Pan Doktor.
Wilczek dostaje 4 duże zastrzyki. Krzysiek, który z pogardą śmierci wsadził psa na stół operacyjny, zostaje lekko pogryziony. Ja obrywam nieco silniej. Nic dziwnego, Wilczek jest przerażony.
– Jak to tak z lasu zaraz do gabinetu!?
Doktor Marcin zarządza kaganiec. Dalej kłujemy więc już psa w osłonie na mordzie. Dostał antybiotyk, elektrolity i witaminy oraz odrobaczenie i lek na pasożyty w sierści. Wilczka czeka teraz paro-dniowe leczenie. Będziemy się często widywać z Panem Doktorem! Dziękujemy za opiekę Doktorowi Marcinowi oraz FGZ, która wzięła Leśnika pod swoje skrzydła.
Wyczerpani i oszołomieni szczęściem wracamy do domu. Oczywiście chcemy wziąć Wilczka na tymczas – nie ma innej opcji w ogóle J. Ale jak nasz wilczur Joker zareaguje na drugiego samca w domu?! No, jakoś to załatwimy, przecież nowy pies nie może chory z gorączką jechać teraz do schroniska.
Psy zapoznają się w naszym przydomowym ogródku. Joker już spał w domu. Jest już ciemno, zapalam zewnętrzne światło, żeby się dobrze widzieli. Następuje krótka kotłowanina, szybkie wark! Wark! Kłap! Kłap zębami i… W zasadzie spokój. Wilczek w domu ciut powarkuje na Jokera, ale da się żyć! On jest domowym psem. Tylko raz pokazałam Mu naszą dyżurną leżankę dla czworonożnych gości i od razu załapał, że to jego miejsce.

>>Więcej o RODOSIE