
13 stycznia 2024 r.
Początek roku jest dla nas wyjątkowo trudny… W tym tygodniu pożegnaliśmy kolejnego kota, który chorował, ale dzięki domowi tymczasowemu, mógł czuć się kochany i zaopiekowany.
Sami przeczytajcie jaką drogę przeszedł Bob z naszym wolontariuszem Wojtkiem:
“Dokładnej historii Boba nie znamy – możemy przypuszczać, że gdzieś na podpoznańskim Dzikim Zachodzie wiódł awanturnicze życie, które go nie oszczędzało.
Trafił do nas w listopadzie 2022 w ramach akcji sterylizowania kotów wolno żyjących i zapewne wróciłby na działki, ale okazał się nosicielem wirusa FIV. Badania ujawniły też stare kontuzje łap i ślady dawnych chorób wątroby i nerek, efekty kiepskiej diety.
Po dziesięciu latach samodzielności Bobowi trudno było się odnaleźć w kociarni. Dyżury spędzał ukryty w swojej skrzyneczce, a na kontakt reagował agresją. Na szczęście wkrótce trafił do domu tymczasowego, gdzie mógł spróbować nowego życia. Dla dorosłego, właściwie dzikiego kota relacje z człowiekiem wiązały się z dużą nieufnością i strachem – swobodniej czuł się nocami, wędrując po domu i obserwując świat przez okna. Potrzebne było wielu miesięcy, prób i błędów, żeby wyszedł do miski czy kuwety za dnia lub dał się dotknąć, a każda taka obserwacja była przełomem.
Bob uwielbiał wtulać się w swoje włochate gniazdko. Lubił też mieć coś nad głową, dlatego chował się też w skrzyneczce drapaka lub szukał innych kryjówek. Gdy odwrócił się tyłem, trudno było go wypatrzyć, ale często zdradzał go wystający ogon, ucho lub białe wąsiska. Spłoszony na gładkiej podłodze rozpędzał się przebierając łapami w miejscu jak zwierzaki w kreskówkach i nie wyrabiał zakrętów. Dał się we znaki gonitwą po klinice weterynaryjnej, gdy podczas badania wyśliznął się przez uchylone drzwi gabinetu. Tak został Bobslejem!
Po niespełna roku w domu Bob w końcu zaczął przekonywać się do ludzi i miękkiej kanapy. Niestety wtedy też odezwały się dawne urazy zębów a słabe nerki nie radziły sobie z odtruwaniem organizmu. Potrzebne było intensywne leczenie, które Bob dzielnie znosił. Jakby w swoim kocim łebku zrozumiał, że to ma mu pomóc.
Stał się wdzięcznym, współpracującym kotem, zdobywającym sympatię pań z przychodni, a wieczorami jak najwięcej czasu chciał spędzać z człowiekiem, przychodząc i zasypiając na kolanach, jakby chciał nadrobić miesiące i lata izolacji.
Niestety wyniki nie poprawiały się, a Bob stawał się coraz słabszy. Rozważaliśmy różne scenariusze, szukając jeszcze ratunku w nowym leku. Bob miał już jednak inne plany…
11 stycznia zasnął w swoim kąciku i już się nie obudził…
Przez ostatnie tygodnie był Bobisiem, najmilszym kotem świata: łasił się, rozdawał baranki, przychodził na kolana. Trudno powiedzieć, czy to wpływ pogarszającego się zdrowia, czy po prostu przekonał się po upływie miesięcy cierpliwości.
Dla tej niesamowitej dawki miłości i wdzięczności warto było.“
Żegnaj Bob, Bobslej, Bobisiu…
Spotkamy się kiedyś jeszcze.
A my możemy jedynie dodać, że warto otworzyć serce dla starszych schorowanych kotów i psów – radość z ich miłości koi serca i daje nadzieję na lepsze dni dla nas wszystkich!